Szensztat Rokitnica
  RefleksjeWielkopostne
 




O nadziei słów kilka.....
 

Trwa okres Wielkiego Postu, czas szczególnej pracy nad sobą, czas podejmowania postanowień i refleksji nad naszym życiem chrześcijańskim. Ale jest to również czas nadziei. Nadziei na zmartwychwstanie, nadziei na życie wieczne, nadziei na obcowanie z Bogiem. Kto ma tę nadzieję, ten decyduje się na wysiłek związany z praca nad sobą, na trud wypełnienie postanowień.
A praca jest ciężka, bo my się szybko zniechęcamy i gdy coś nam nie wychodzi natychmiast rezygnujemy. Lecz kto uczciwie zabierze się do pracy, ten nawet mimo chwilowego zniechęcenia, trudu czy też lenistwa ciągle od nowa będzie starał się być lepszym. I chyba nie jest ważne czy nasze postanowienia są małe czy wielkie. Ważne jest to na ile poważnie traktujemy wypełnianie ich. Ktoś kiedyś mi powiedział, że z pracy nad sobą nie można się zwolnić, nie można być zwolnionym i nawet nie można „wylecieć” dyscyplinarnie. I miał racje,prawda????

Trwa okres Wielkiego Postu i tym samym jakby więcej czasu spędza się w kościele. Środa Popielcowa, Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa i rekolekcje parafialne. Przyznam się po cichu że będąc w kościele podczas tych nabożeństw obserwowałam trochę ludzi wracających od Stołu Pańskiego i uderzyła mnie jedna rzecz. SMUTEK. Ogromny smutek ludzi, którzy przed chwilą przyjęli Jezusa do swoich serc. Smutek smutek smutek nic więcej. Jezus jest naszym największym szczęściem. Czy nie powinniśmy wręcz skakać z radości z powodu możliwości przyjęcia Boga do swego serca???

Patrząc na smutne twarze dookoła mnie pomyślałam, że czas Wielkiego Postu nie jest nam dany po to ,żeby nas zgnębić ale po to,żeby umocnić w nas nadzieję. Abyśmy w ciągu tych 40 dni uświadomili sobie że jest sens w naszych postanowieniach i nieustannych wysiłkach stawania się lepszymi.


Tekst: Asia Oleś

No właśnie jak to jest, czujemy tę radość z przyjęcia Pana Jezusa w Komunii świętej?




" Czy nie masz wrażenia, że kiedy wszystko idzie dobrze i udaje nam się z powodzeniem kierować swoim życiem, nie zabiegamy zbytnio o kontakt z Bogiem? Kiedy jednak pojawia się kryzys – na przykład poważna choroba, jakaś osobista tragedia – zaczynamy instynktownie lgnąć do Boga, czując, że nie ma dla nas żadnej innej alternatywy.

To właśnie przylgnięcie do Boga powinno być centralnym doświadczeniem Wielkiego Postu. Przesłanie tego okresu liturgicznego – z jego naciskiem na modlitwę, post i jałmużnę – zaprasza nas do porzucenia swego wygodnego i przytulnego otoczenia, by zmierzyć się z własnymi brakami i ograniczeniami. Jest to dla nas czas wyjścia na pustynię – tak jak czynili to Abraham, Mojżesz i Jezus – po to, by pogłębić swoją relację z Bogiem.

W opustoszałym i jałowym krajobrazie pustyni, przy ograniczonych zapasach żywności i wody, odcięci od wygód codziennego życia, nie mamy innego wyboru, jak zwrócić się o pomoc do Boga. Paradoksalnie, na tym martwym pustkowiu spotykamy Dawcę życia.

Gdybyśmy mieli okazję porozmawiać z ojcami pustyni, wszyscy oni zgodnie powiedzieliby, że prędzej czy później każdy z nas uda się na pustynię – lub zostanie tam wyprowadzony przez kryzys. Po co więc czekać, aż pustynia sama do nas przyjdzie? Możemy wyruszyć na nią już dziś, wyrzekając się wygód tego świata i poczucia samowystarczalności, by znaleźć się bliżej Boga. Czy może być ku temu właściwszy czas niż okres Wielkiego Postu?

Naturalnie, nie mówimy tu dosłownie o czterdziestodniowej wyprawie na najbliższą pustynię! Mówimy o ogołoceniu duchowym i doświadczeniu własnych braków, po to by zbliżyć się do Boga. Może to oznaczać skromniejsze posiłki lub ograniczenie czasu przeznaczonego na oglądanie telewizji. Może rezygnację z ulubionej formy rozrywki lub wstawanie o godzinę wcześniej, aby móc się spokojnie pomodlić. Obojętnie, co wybierzemy, musimy jednak pamiętać, że istotą jest nie to, by czegoś się wyrzec, lecz to, by zamiast wszystkich tych ważnych dla nas rzeczy podjąć coś, co przybliży nas do Boga – dłuższą modlitwę, lekturę Pisma świętego, medytację, spowiedź, Mszę świętą.

Wyruszmy wspólnie na pustynię drogą modlitwy i postu. Prośmy Boga, abyśmy mogli Go tam spotkać. I oby to spotkanie zapewniło nam zwycięstwo nad pokusami, rozproszeniami na modlitwie i innymi przeszkodami, które utrudniają nam pełnienie woli Bożej. Pamiętajmy, że każde nasze zwycięstwo jest zwycięstwem całego Kościoła. Niech Bóg błogosławi nam wszystkim."

Wasz brat w Chrystusie Joe Difato

BOHATEROWIE BIBLIJNI - KAIN (Rdz 4,1-17)

Drukuj E-mail

Napisał: MIRA MAJDAN   


Adam i Ewa opuszczają raj mądrzejsi o nabytą wiedzę. Bóg ma rację. Warto Mu ufać nawet wtedy, kiedy oczy i emocje mówią zupełnie co innego.

Podejmują trud życia z goryczą, ale i nadzieją. Oni oddali wprawdzie pole nieprzyjacielowi, ale ich potomstwo ugodzi go w głowę. A potomstwo już jest – przyjęte jako dar od Boga. „Otrzymałam mężczyznę od Pana” (Rdz 4,1) – mówi Ewa po urodzeniu swego pierworodnego, Kaina. Przychodzi na świat także jego brat, Abel. A nuż to właśnie któryś z nich odmieni losy ludzkości?

Chłopcy rosną, obierają zawód. Kain zostaje rolnikiem, Abel pasterzem trzód. Obaj są religijni. To jeszcze te czasy, kiedy obecność Boga wydaje się wszystkim zupełnie oczywista, a On przemawia wprost do swoich dzieci. Kain i Abel składają więc Bogu ofiarę – Kain płody ziemi, Abel zaś pierwociny bydła ze swojej trzody. I oto Bóg spogląda łaskawie na ofiarę Abla, a od ofiary Kaina z rozmysłem odwraca wzrok. Kain nie może tego znieść. Jak to, on, pierworodny, został tak dotkliwie upokorzony?

Grzech leży u wrót

I patrząc na ponurą twarz Kaina, sami zaczynamy pytać: dlaczego? Bo i w naszych zranionych grzechem sercach czai się nieufność – a jeśli to jakiś Boży kaprys? Bo dlaczego właściwie Bóg miałby wywyższać jednego brata kosztem drugiego? Za co się na niego obraził? Ale Bóg wcale nie jest obrażony na Kaina. Przeciwnie, to On sam rozpoczyna z nim rozmowę. „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura?” (Rdz 4,6) – pyta rozdrażnionego brata. Ba, dlaczego? Śmieszne pytanie! Czy warto sobie język strzępić? Sprawa jest oczywista. Jeśli ktoś ma tu się z czegokolwiek tłumaczyć, to z pewnością nie on, Kain!

Jednak Bóg, który wie, co kryje się w sercu człowieka, nie oczekuje żadnych tłumaczeń. To on sam wyjaśnia Kainowi, skąd biorą się jego wrogie uczucia. „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować” (Rdz 4,7). A słowa te skierowane są nie tylko do Kaina, brata Abla, ale i do tego Kaina, który czai się w każdym z nas.

Jeśli chodzisz zamknięty w sobie – mówi Bóg – z ponurą twarzą i zaciśniętymi zębami, nie miej pretensji do Mnie, lecz do siebie – bo oddałeś panowanie nad sobą grzechowi. Ten, kto panuje nad grzechem, ma pokój w sercu i pogodną twarz.

 

I jest to strasznie trudne do przyjęcia.

Gdy grzech panuje nad człowiekiem

Popatrzeć uczciwie na własne serce, na własne możliwości i przyznać się przed sobą, że ta zawziętość, która ogarnia moje serce, jest moją własną winą. Nie ludzi, nie Boga, nie okoliczności. Moją własną.

 

I może tego właśnie pragnie teraz Bóg od Kaina. Bo prawda wyzwala. I wielkością człowieka, który otrzymał dar wolności, jest brać odpowiedzialność za swoje postępowanie. Ale kiedy ktoś się zapiecze w swej prawdziwej czy wyimaginowanej krzywdzie, to sam Bóg nie zdoła przemówić mu do rozsądku, jeśli on nie zechce słuchać. A Kain nie chce. Bo łatwiej jest niszczyć drugiego lub ściągać go do swojego poziomu, niż samemu podjąć trud nawrócenia.

I Kain idzie ze swym bratem, Ablem, na pole, rzuca się na niego i zabija go. Sprawa załatwiona. Brat nie jest już od niego lepszy. Już go nie ma wcale.

Bóg nie odwraca się od grzesznika

Lecz Bóg, który jeszcze nie zrezygnował z Kaina, pyta: „Gdzie jest brat twój, Abel?” (Rdz 4,9). Ojciec Kaina, Adam, przyciśnięty kiedyś do muru, wyznał: „Zjadłem”. I choć zrzucił winę na Ewę, to przecież przyznał, że dopuścił się zakazanego czynu. Jednak Kain pytany o brata odpowiada: „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” Innymi słowy – To nie moja sprawa, Boże.

Daleko zabrnąłeś w zło, Kainie, a zło mści się na tych, którzy mu służą. „Cóżeś uczynił?” (Rdz 4,10) – ubolewa Bóg. Czy naprawdę sądzisz, że morderca może sobie tak żyć, jak gdyby nigdy nic? Rola, w którą wsiąkła krew niewinnego, nie wyda już plonu, a ty sam będziesz zbiegiem i tułaczem. Popełniona zbrodnia odcięła cię od twojej wspólnoty. Cios zadany bratu uderzył w ciebie samego. Tak jest zawsze.

Czy może teraz, w obliczu tra­gicznych konsekwencji, Kain przyzna, że postąpił źle? Nie, Kain nie uzna swego grzechu. Bo Kain w dalszym ciągu myśli tylko o sobie i ma pretensje do Boga. „Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść”. Jak to, wypędzasz mnie, Boże? Oddzielasz od swoich? Co może człowiek bez rodziny, bez wspólnoty? Przecież każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!

I Bóg, który nie wyciągnął ręki, by ocalić Abla, daje Kainowi chroniące go znamię. Będzie bezpieczny. Wciąż jeszcze masz szansę, Kainie. Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale by się nawrócił i żył na wieki.

Kain odchodzi od Pana i nie niepokojony przez nikogo osiedla się w kraju Nod, na wschód od Edenu. Tam rodzą mu się dzieci, które, niestety, idą w ślady swego ojca. I zło mnoży się z pokolenia na pokolenie, aż wreszcie przyjdzie moment, kiedy Bóg pożałuje, że stworzył człowieka (Rdz 6,6).

Droga Kaina

Nie potępiajmy jednak Kaina, lecz spójrzmy we własne serce w świetle Bożego słowa. Bo oto w Nowym Testamencie czytamy: „Biada im, bo poszli drogą Kaina” (Jud 11). I nie jest tu wcale mowa o niewierzących, o mordercach, o wyrzutkach społeczeństwa. Chodzi o tych, którzy „na waszych agapach są zakałami, którzy oddają się rozpuście” (Jud 12), czyli tych, którzy mienią się chrześcijanami, uczestniczą w zgromadzeniach chrześcijańskich, a mimo to zostaną uznani za bezbożników. „Ci zawsze narzekają – mówi św. Juda Apostoł – i są niezadowoleni ze swego losu, choć postępują według swoich żądz. Usta ich głoszą słowa wyniosłe i dla korzyści mają wzgląd na osoby” (Jud 16-17).

Bo taka jest droga Kaina, że za wszelką cenę chcę robić to, na co mi przyjdzie ochota. Że nie potrafię zobaczyć dobroci Boga w tym, co mi się przydarza, i zaciskając zęby, powtarzam: „Zbyt ciężka jest kara moja, abym mógł ją znieść”. Że patrzę złym okiem na tych, którym się powiodło, a mój brat, Kain, woła do mnie: To niesprawiedliwe. Zniszcz. Życz im źle. Bo jakim prawem jest im lepiej od ciebie? Bo na co ci wierność Bogu, skoro nie przekłada się ona na wymierne korzyści?

My jednak wiemy, dokąd wiedzie ta droga. I do nas należy decyzja, czy iść nią dalej wraz z Kainem, czy oprzeć się na słowie Boga, które mówi: To ty masz panować nad grzechem. I w twojej mocy jest pogoda twojej twarzy.


Przedruk z wydawnictwa "Słowo wśród nas"


do góry                     strona główna
 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=